Pinokio

Policzymy teraz do siedmiu, a gdy się obudzisz będziesz
już prawdziwym chłopcem.


Jeden.
Pójdziesz do przedszkola i spotkasz swojego pierwszego
najlepszego kolegę, który będzie pluł ci do kompotu, gdy
popatrzysz w drugą stroną. Reszta tałatajstwa będzie się
z ciebie śmiać, że rysujesz rzygi na polanie i jesteś
ogólnie pierdolnięty, więc zacznij już się pakować.
Dwa.
Pójdziesz do podstawówki, która jest przeżarta kurwami
i dziwnego rodzaju homoerotyzmem, którego nigdy nie
będziesz fanem. Będziesz się dobrze uczył, bo w przeciwieństwie
do tej bandy pierdolonych szmat życiowych, wiesz że
coś jest po tym. Będziesz grał kiepsko w nogę, nauczysz
się jak wyjdziesz. Będziesz nielubianym pośmiewiskiem,
które będzie próbowało podbudować swoją żałosną egzystencję
prowokacyjnymi rozmowami z ciałem pedagogicznym o penisach.
Trzy.
Po podstawówce czekają cię trzy lata usranego gimnazjum,
którego wytłumaczeniem dla istnienia jest tylko to,
że piekło musi istnieć na ziemi. Będą to dotąd najgorsze
trzy lata twojego, już i tak beznadziejnego, życia.
Zewsząd będą na ciebie pluć i ścigać cię po korytarzach,
zaczniesz tym wszystkim w końcu gardzić, co zostanie ci
również po tym jak już stamtąd uciekniesz. Oczywiście,
jeśli wcześniej się nie poderżniesz z całej tej ekscytacji.
Cztery.
Następnie, czekają cię trzy bite lata w liceum, w których
dowiesz się na sam koniec, że nie jesteś taki wyjątkowy.
Zmielą ci głowę, przygotowując przez trzy lata do tego,
byś godnie reprezentował społeczeństwo i potrafił odpowiadać
na pytania. Poznasz swoją pierwszą, katolicką dziewczynę,
która zostawi cię po czterech latach związku po tym, jak
na pielgrzymce pozna jakieś frajera imieniem Radek, który
powie jej, że wszystko co wspaniałego potrafiła robić ze
swoim językiem to akt przeciwko najwyższemu.
Pięć.
Pójdziesz na studia i przez pierwsze dwa lata będziesz
wmawiać sobie, że to dobry kierunek i naprawdę jest w tym
przyszłość. Po dwóch latach opadną wszelkie wątpliwości,
zrozumiesz, że koleś, który jest osiem razy głupszy od ciebie
może zarabiać dziesięć razy więcej niż ty w ciągu całego życia,
jeśli tylko zrobi pieprzony kurs spawacza. Rzucisz to wszystko
w cholerę i zaczniesz kontemplować swoją immanencję.
Sześć.
Po przekonaniu się w końcu, że w twojej immanencji jest tylko
pieprzone zakłamanie i kompleksy z dzieciństwa, postanowisz
zostać pisarzem i napisać książkę. Napiszesz kilkadziesiąt stron,
popróbujesz to powysyłać znajomym jako próbki. Wszyscy powiedzą,
że nie czytali jeszcze, bo są zarobieni, ale tak naprawdę
wiedzą, że takiego gówna nie spłodził jeszcze nikt pod słońcem
i zaczną się poważnie zastanawiać nad tym, czy warto jeszcze
podlewać to stęchłe gówno zwane waszą znajomością.
Siedem.
Wejdziesz w narkotyki, alkohol i inne gówna, aż w końcu postanowisz,
że boski oddech zmiecie cię z powierzchni tej ziemi. Nie będziesz
płakał, zostawisz tylko list matce, że naprawdę jest ci przykro,
wiesz że robiła wszystko żeby cię wychować, ale naprawdę - to nie
mogło się udać.

Otwórz oczy, Pinokio.

Komentarze (9)

  • Kuba, to jest naprawdę spoko!

  • spoko jest, ale wiersza nie ma

  • W sumie trochę ma pan rację, ale jest coś w tym tekście fajnego.

  • A czymże jest ten wymarzony przez wszystkich wiersz, Panie Wezuwiuszu? Definicje zmieniają się z czasem i przecież cała zabawa w tym, żeby być powodem ich zmian.
    Jakubie, życzę Ci, żebyś nigdy (ale to nigdy-prze-nigdy) nie sugerował się tym, że wiersze innych nie wyglądają jak Twoje, a Twoje powinny wyglądać jak innych. To nie kwestia spacji i rymu czyni Cię poetą.

  • Wiersz, wymarzony przez wszystkich, nie istnieje. Ja nie odmawiam powyzszemu waznych dla autora tresci, ale tresc nie czyni z fragmentu pisania wiersza. W wierszu powinno dziac sie cos z jezykiem, w taki sposob by wzbogacil owa tresc. A tu nic takiego nie widze, po prostu gorzka refleksja, ktora rownie dobrze mozna zapisac w batalionowych linijkach prozy.

  • "upiorni przebierańcy opanowali radio i telewizję/ ( ) może coś przeoczyłem/ jakiś ważny news nie spłynął z 540 kanałów latającego talerza/ czegoś nie wiem, nie dostąpiłem kolektywnej inicjacji/ i nie potrafię dostroić się do tej imprezy/ ogólnopolska akcja zmartwychwstania proszku czy obligacji na/ nieśmiertelność/ zapewne nowych chwyt reklamowy przebiegłych parowców/ znowu mnie oszukali dałem się nabrać".

  • Panie Wezuwiuszu, napisał Pan właśnie, że wiersz nie istnieje. Ogólnie. W ogóle. Nie istnieje. Czy to był właśnie ten zabieg, który mąci w języku? Nie lubię pustosłowia, więc strasznie mnie razi sformułowanie, że "powinno dziać się coś z językiem". Co to znaczy? Przecież coś dzieje się zawsze, bezwiednie nawet.

  • ech, Wezuwiusz ma 100% racji. Tekst, podobnie do tych, które wyświetlane są na Brackiej w Krakowie, może i ładny, ale nie poetycki. I żadna sofistyka w stylu "czym jest wymarzony wiersz" tu nie pomoże. Tutaj nic nie dzieje się w języku. W takiej formie to tekst raczej do pamiętniczka. Może on natomiast dobrym materiałem do ewentualnego napisania wiersza. Na podstawie tego, co tutaj jest można tekst poetycki zbudowac. Tyle

  • Ale o co my tutaj walczymy? Pytam całkiem szczerze, bo zgubiłam się w tym gnaniu za formą. O to, żeby wszystko wyglądało jak trzeba, czy o to, żeby wszystko miało sens? (Uwaga, wyciągnę najbardziej żałosny z argumentów, aczkolwiek też najbardziej prawdziwy) Teksty na Brackiej SĄ WYŚWIETLANE; ja je czytam, Ty je czytasz, prawie cały Kraków je czyta. Zabłocki na tym pewnie pięknie zarabia i pięknie przy jego nazwisku pojawia się dopisek "poeta". Ale to nic nie znaczy, tak? Bo to nie jest tekst poetycki. O co tu naprawdę chodzi? O zmianę jakiejś durnej etykietki na -proza- zamiast -poezja-? A może po prostu o trzymanie się reguł?

    PS To nie była sofistyka, to był sarkazm. Ale co ja tam wiem o pisaniu.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się